Kazimierz Deyna – sportowa ofiara Żelaznej Kurtyny

deynaBył pierwszy września 1989 roku. Noc, godzina 1:25, zjazd z autostrady pod San Diego w Stanach Zjednoczonych. To tam, wówczas w wypadku samochodowym, zginął Kazimierz Deyna, jedna z największych legend w historii polskiej piłki nożnej.

Chyba nie ma w Polsce człowieka, który zna słowa „piłka nożna”, a nie słyszał nazwiska „Kazimierz Deyna”. Popularnego „Kakę” kojarzą nawet Ci, którzy nigdy nie interesowali się futbolem. Był piłkarzem wielkim, na boisku dyrygent, „Generał”… Lecz równocześnie cichy, zamknięty w sobie, chodzący swoimi ścieżkami, poza murawą. Wydaje się wręcz nieprawdopodobne, że taki reżyser dla jedenastu dorosłych facetów w trakcie meczu, miał problem z samym sobą po końcowym gwizdku. Może gdyby miał większą siłę przebicia na co dzień, gdyby był z jednej strony bardziej otwarty, a jednocześnie nie ufał tak wszystkim, jego życie potoczyło by się inaczej. Może… Gdyby żył w innych czasach, innym systemie, dziś byłby jednym z „możnych” futbolowego świata… W jednym szeregu z Pele, Beckenbauerem, Cruyffem…

Deyna – początek geniuszu

Niewątpliwie miał w życiu pecha. Od samego początku swojej piłkarskiej kariery. Czasy były takie, że o karierze każdego utalentowanego sportowca nie decydował on sam, rodzice czy menagerowie. Decydował aparat, układ, ludzie, którzy często nie mając pojęcia o sporcie, żonglowali młodymi sportowcami, demonstrując siłę „jedynie słusznego systemu”. Po swoim debiucie w ekstraklasie w barwach ŁKS w meczu z Górnikiem Zabrze, do odbycia służby wojskowej wezwała go Legia Warszawa. Wezwała, to nawet nieodpowiednie słowo, bowiem o przejściu Deyny do Legii zdecydował ŁKS, oddając go jako najmniej doświadczonego z trójki Kostrzewiński, Studniorz i Deyna właśnie. Kazik był wówczas zupełnie anonimowym piłkarzem. Bardzo zdolnym, ale bez doświadczenia, sukcesów. Dla klubu z Łodzi wydawał się wówczas najmniej perspektywicznym.

Czas służby wojskowej był dla Deyny, patrząc przez pryzmat następnych lat, sielanką. Mieszkanie, pieniądze, i to co kochał najbardziej – gra w piłkę. Gdy służba w wojsku dobiegała końca, Legia załatwiła rozkaz z Ministerstwa Obrony Narodowej, który zatrzymywał go w wojsku, uniemożliwiając tym samym automatyczny powrót do ŁKS. Dla „Kaki” nie stanowiło to problemu. On chciał tylko grać, a w Warszawie miał możliwość gry z najlepszymi. Zresztą sam stawał się już najlepszym.

„Żelazna Kurtyna”

Konsekwencją świetnej gry w Legii, która również doskonale radziła sobie w europejskich pucharach, było powołanie do kadry i sukcesy z reprezentacją. Złoty medal na Olimpiadzie w Monachium i tytuł króla strzelców, trzecie miejsce na mistrzostwach świata w 1974 roku i nagrody w plebiscytach France Football i Kickera sprawiły, że polski rozgrywający stał się jednym z najbardziej pożądanych zawodników przez największe kluby Europy. Ale reakcja  włodarzy Legii, klubu wojskowego przecież, była oczywista. Dla żołnierza Deyny nagrodą był awans… na podporucznika WP. Gdyby wtedy dostał wolną rękę… Gdyby mógł wtedy wyjechać na zachód… pewnie dziś by żył.

Wywiad, którego nie było?

W 1977 roku z okazji trzydziestych urodzin „Kaki” ukazał się w „Piłce Nożnej” wywiad z Deyną. W wywiadzie tym stwierdził, że marzy o stu występach w reprezentacji narodowej i mistrzostwach świata w Argentynie. Mówił o pożegnalnym meczu w kadrze, o tym, że jako piłkarz jest niemal spełniony. Tylko dziecięce marzenie o grze w Realu Madryt nie miało szans się ziścić. Ani w Realu, ani w żadnym innym wielkim klubie, choć oferty spływały z Milanu, Interu, Bayernu, Realu właśnie, czy od samego księcia Rainiera z Monaco. Trochę rozżalony, mówił wówczas z sarkazmem, że Legia być może pozwoli mu wyjechać, jak już nie będzie mógł biegać.

Dla przeciwwagi „Żołnierz Polski” zamieścił inny „wywiad”, który na polecenie centrali PZPR przedrukowała cała ówczesna polska prasa. W tym to niby-wywiadzie Kazimierz Deyna miał stwierdzić, że jego celem życiowym jest gra w wojskowym klubie, bronienie honoru żołnierza polskiego i Polski, gdyż w życiu sportowca są ważniejsze sprawy niż pieniądze. Problem tylko w tym, że podobno, jak stwierdził później Deyna, nikt z „Żołnierza Polskiego” o nic podobnego go nigdy nie pytał.

Angielski epizod

Od tego czasu rozpoczęła się w życiu Deyny „równia pochyła”. Legia przestała liczyć się w Europie, reprezentacja co prawda wygrywała mecze eliminacyjne, ale nawet po bramce  strzelonej bezpośrednio z rzutu rożnego w Chorzowie Portugalii, dostał zamiast braw, potężną  porcję gwizdów. Do dziś nikt nie wie dlaczego. Na mistrzostwach w Argentynie pech go nie opuszczał. W swoim setnym reprezentacyjnym występie, w meczu z gospodarzami turnieju, nie strzelił rzutu karnego. Po tych nieudanych mistrzostwach dostał  wreszcie od Legii zielone światło na wyjazd. Jego manager Ted Miodonski po długich negocjacjach załatwił transfer do Manchesteru City. Z tego też powodu odrzucił ofertę amerykańskiego Cosmosu Nowy Jork.

Warszawa żegnała go hucznie. W końcu w Warszawie miał najwięcej zagorzałych kibiców. Równie gorąco przywitał go Manchester. Ale w Anglii „Kaz” nie grający „po angielsku”, mimo początkowych dobrych występów, szybko trafił na ławkę rezerwowych. Twardy angielski futbol nie odpowiadał zupełnie inteligentnemu sposobowi gry, który reprezentował Deyna. To co było jednym z jego marzeń – gra w angielskim pierwszoligowym zespole, przekształciło się w sytuację nie do wytrzymania. W takim układzie priorytetem „Kaki” stało się jak najszybsze opuszczenie Wysp.

Amerykański epilog

 Znów na jego drodze pojawił się Ted Miodonski, największa jak się później okazało, obok „Żelaznej Kurtyny”, zmora w życiu Deyny. To on ściągnął „Kaza” do Stanów Zjednoczonych i załatwił kontrakt z San Diego Sockers.  Gra w USA to był dla Deyny już jednak czas rozmieniania kariery na drobne. Występował w rozgrywkach na trawie i halowych, odnosił, jak na amerykańskie warunki, sukcesy. Grał, bo to była rzecz, którą po prostu umiał robić jak mało kto na świecie. Grał, bo musiał zarabiać pieniądze na życie. I zarabiał, aż do momentu, gdy nie darzący go sympatią trener Ron Newman nie przedłużył z nim kontraktu. „Kaka” nie chcąc „przerabiać” kolejnej przeprowadzki, tym razem na Florydę, odrzucił ofertę Tampa Bay Rowdies. Zaczął prowadzić własny biznes – organizował wakacyjne piłkarskie obozy szkoleniowe dla młodych chłopców. Wspólnie z kolegą z San Diego Sockers, Bertem Wieczorkowskim, prowadzili drużynę The Legends, która miała popularyzować europejski futbol w Ameryce przed mistrzostwami świata w 1994 roku w USA. Niespodziewanie pojawiły się nowe kłopoty – Ted Miodonski, który obracał jego pieniędzmi, zdefraudował oszczędności Deyny. Franciszek Smuda, któremu manager również przepuścił sporo pieniędzy, stwierdził później, że on stracił tylko kasę, a Kazik życie. Nagły koniec kariery, strata finansowa, to wszystko mocno odbiło się na psychice „Kaza”, chociaż nikomu się nie skarżył. Tylko z czasem, niestety, coraz częściej topił smutek w szklaneczce whisky. Nawet na ostatnim spotkaniu z kumplami z drużyny Górskiego  na mistrzostwach oldboyów w Danii, nie zdecydował się odwiedzić Polski. Nikt nie wie dlaczego, może z powodów finansowych ?

Gdy w nocy 1 września 1989 roku zginął na autostradzie pod San Diego, wiadomość o tragedii lokalne media podawały jako główną informację. Za najbardziej prawdopodobną przyczynę wypadku coroner uznał zaśnięcie za kierownicą, ale wiadomo, że Kazik prowadził pod wpływem alkoholu. Na pogrzeb nie przyjechał z nikt Polski, ani z PZPN, ani z Legii…

Kazimierz Deyna był niewątpliwie jednym z najlepszych piłkarzy w historii futbolu. Jest i zawsze będzie legendą polskiej piłki nożnej. Jego kariera, pełne niespodziewanych zdarzeń i zwrotów życie i jego tragiczny finał, tylko tą legendę gruntują. Był piłkarzem wielkim, „Generałem”, dyrygentem na boisku. Zdolności przywódcze kończyły się jednak wraz z każdym końcowym gwizdkiem meczu. Był też jednak wielkim pechowcem, bo przyszło mu żyć za „Żelazną Kurtyną”, w czasach w których nie miał szans osiągnąć tego, do czego był stworzony. Gdyby u szczytu sławy dostał należną mu szansę, pewnie dziś nie mówilibyśmy o Nim „był”, tylko „jest”. A może i polska piłka nożna byłaby w innym miejscu niż obecnie.

Kazimierz Deyna 23.10.1947-01.09.1989

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>