Spot do szuflady, kasa w kieszeń

promocja PolskiMSZ zamówiło film promujący Polskę za granicą. Firma reklamowa film wykonała, ministerstwo zapłaciło, firma zarobiła. I wszystko gra. A właściwie tylko to gra, bo cała reszta kupy się nie trzyma.

Robiący furorę w sieci filmik promujący Polskę „Where the unbelievable happens” do mnie nie trafiał od początku. Chaotycznie wymieszane wątki sprawiały wrażenie bałaganu trudnego do ogarnięcia. Nawet dla statystycznego Polaka, a co dopiero dla potencjalnego zagranicznego turysty. Jasne, że za chwilę zgodnym, obronnym chórem wypowiedzą się miłośnicy komputerowych animacji i komiksów w 3D, ale to nie jest produkcja na festiwal filmowy nowych technologii. Odezwą się „historycy”, dla których każdy głos krytyki jest objawem ignorancji w kwestii dziejów Polski. Ale spot z historią ma związek bliski zeru. Wręcz pokazuje obraz fałszywy. Co wspólnego z naszą historią mają galernicy ciągnący stadion do Gdańska? Jeśli to „nawiązanie” do potopu szwedzkiego to gratuluję twórcom wyobraźni. Pokazanie polskiego rycerstwa jako agresywną bandę lejącą przeciwnika na środku miasta, demolującą przy tym samochody i sklepy, bliższe jest niestety kibolowskim ustawkom i wg mnie nie przystoi, a już na pewno nie jest czytelne dla zagranicznych. Trudno żeby było, gdy na siłę przenosi się Grunwald do Warszawy.

Oczywiście rozumiem przenośnię, wizję artystyczną. Jest jednak pewne „ale” i to „ale” bardzo ważne. Film ten ma w założeniu promować Polskę za granicą. Zrobiony został na zlecenie MSZ i za pieniądze podatników. I to pieniądze niemałe, bo konkretnie 1,4 miliona zł. Tymczasem film jawi się jako kompletnie niezrozumiała wizja dziecka i wręcz odstrasza niż zachęca kogokolwiek do odwiedzenia kraju nad Wisłą. Ale nie tylko to w tym filmie zastanawia. Pominę już głośno skomentowany brak krzyża na Giewoncie. Inna scena spotu z Tatrami w roli głównej to też skucha. Rodzina podziwiająca widok gór z tarasu ogląda… słowacką panoramę Tatr. Miłośnicy gór ustalili, że konkretnie jest to… lustrzane odbicie Grani Pośredniej. Wydaje mi się, że po polskiej stronie Tatr jest wystarczająco dużo pięknych widoków i nie trzeba posuwać się do przekłamań. Dodatkowo zagraniczna familia zwiedza nasze góry… samochodem. To już jest maksymalne wprowadzenie w błąd turystów z zagranicy.

Wreszcie sprawa najważniejsza. Reklama bowiem może być bardziej lub mniej udana, ale ma reklamować, czyli być pokazana grupie docelowej. Tymczasem okazuje się, że spot obejrzy zaledwie garstka ludzi, gdyż w ministerstwie nie ma pieniędzy na jego emisję na rynkach zagranicznych. Potrzeba do tego kilkadziesiąt milionów złotych. Eksperci z branży uważają, że budżet konieczny na emisję polskiej reklamówki w ilości niezbędnej do tego, by miało to sens, zdecydowanie przekracza możliwości ministerstwa. Do telewizji spot jest zdecydowanie za długi i nie ma sensownej możliwości go skrócić. Sukcesu w internecie, poza rozgłosem w Polsce, nikt mu nie rokuje. Nie jest w typie internetowego marketingu wirusowego. Po co zatem powstał i dlaczego nikt nie zastanowił się nad tym co dalej po produkcji?

Wygląda na to, że spora kasa została wyrzucona w błoto. Może nie do końca w błoto, ale do czyjejś kieszeni. Problem w tym, że ktoś jednak na spocie musiał zarobić. Choćby producent filmu, łódzka wytwórnia filmowa Opus Film. Wszystko odbyło się tradycyjnie – MSZ rozpisało konkurs, Opus Film – jedna z największych polskich tego typu wytwórni, firma doświadczona, konkurs wygrała. Zapewne czystym zbiegiem okoliczności jest fakt, że jej prezesem jest Piotr Dzięcioł. Ten sam, który od 2008 roku zasiada w radzie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Instytut ten to „państwowa instytucja kultury odpowiedzialna za rozwój polskiej kinematografii oraz za promocję polskiej twórczości filmowej za granicą.” Dodatkowo dyrektorem Instytutu jest Agnieszka Odorowicz, która w 2005 roku była sekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury, odpowiedzialnym za budżet, departament prawny i sprawy europejskie oraz kontakty z parlamentem w rządzie Marka Belki. Nie kwestionuję fachowości Opus Film, choć niedociągnięcia w spocie – jak nieszczęsne lustrzane odbicie słowackich Tatr – są szyte grubymi nićmi. Jednak sieć powiązań towarzystwa wzajemnej adoracji twórców z politycznymi decydentami widać gołym okiem.

Często „nie wiadomo co poeta miał na myśli” i artystycznie film może się obronić, ale takie powiązania „na szczeblach” z reguły wyglądają niewyraźnie. Zwłaszcza gdy nie ma szans (finansowych) zakończyć to, co się zaczęło. Możliwości wystarczyło tylko na wsadzenie kasy do jednej kieszeni. Sił zostało jedynie na otwarcie szuflady. Do której trzeba wrzucić całą promocję Polski.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>