(Nie)Zapomniany Misjonarz

Trzy lata temu zmarł mój kuzyn. Szczerze mówiąc niewiele go znałem, głównie z opowieści. Nasze kontakty były sporadyczne, ale to zrozumiałe ze względu na różnicę wieku i przede wszystkim na pracę, jaką wykonywał przez całe życie. Nazywał się Mieczysław Markowicz i był misjonarzem.

Mieciu był starszy ode mnie o 18 lat, a to kosmiczna różnica dla dzieciaka. Gdy ja uczyłem się raczkować, on był już dorosły. Gdy ja stawiałem pierwsze litery, on już studiował. Taki pierwszy prawdziwy kontakt mieliśmy w chyba maju 1982 roku. Jakie to były czasy wówczas w naszym kraju, nie trzeba przypominać. Trochę wcześniej wprowadzony stan wojenny, prześladowania, aresztowania niewygodnych… A Mieciu 18 kwietnia 1982 roku ukończył Wyższe Seminarium Misyjne w Pieniężnie. Był księdzem, a to była grupa szczególnie narażona na represje w tamtym czasie. Na dodatek był księdzem nietypowym, gdyż Seminarium w Pieniężnie kształci misjonarzy – księży którzy swoją pracę misjonarską prowadzą w różnych krajach świata. Dla ówczesnego aparatu władzy ksiądz, który wyjeżdżał za granicę był szczególnym zagrożeniem, bez względu na docelowy kraj misji. Wywoził bowiem z kraju wiadomości o sytuacji w Polsce i jednocześnie wymykał się jakiejkolwiek kontroli „jedynie słusznego systemu”.

W kwietniu 1982 roku razem z Mieciem Seminarium ukończyło 19 innych misjonarzy. Pięciu zostawało w Polsce, a pozostała piętnastka miała rozjechać się w najodleglejsze zakątki globu: do Brazylii, Ekwadoru, Kolumbii, Paragwaju, Botswany, Ghany, Zairu, na Filipiny, Tajwan i do Papui Nowej Gwinei. Mieciu wraz z kolegą, księdzem A. Kruczyńskim wyjechać mieli właśnie do Papui Nowej Gwinei. To wyspiarskie państwo położone na oceanie Spokojnym jest obszarowo półtora razy większe od Polski. Dwóch księży z odległego europejskiego kraju, rzuconych oddzielnie w dwa krańce na tak duży obszar było skazanych tylko na siebie.

Wtedy, chyba w maju ’82 Mieciu, już jako ksiądz Mieczysław, tuż przed wylotem na misję przyjechał do rodzinnej Sękowej, małej wioski w Beskidzie Niskim na pożegnalną uroczystą mszę. Nie pamiętam nigdy wcześniej tylu ludzi w Sękowej. Gówniarz byłem, więc może też dlatego wszystko dla mnie wydawało się większe, ale tłumy były. Po mszy, u cioci zebrała się cała nasza rodzinana obiedzie. Dla mnie, jedenastoletniego podrostka opowieści  wtedy jeszcze „wujka Mietka” (różnica wieku nie pozwalała na większą poufałość) o niewyobrażalnie odległym i egzotycznym kraju, przysłoniły nawet zbliżające się piłkarskie finały mistrzostw w Hiszpanii, co dla mnie – kibica – wydawało się wcześniej niemożliwe. Słuchałem z otwartą gębą, a Mieciu opowiadał o kraju, który i dla niego był wtedy zagadką.

Gdy odjeżdżał, pamiętam, jak powiedział, że najwcześniej zobaczymy się za pięć lat, bo to najbliższy możliwy termin jego urlopu. Jego opowieści „siedziały” mi w głowie do pierwszego gwizdka hiszpańskiego Mundialu i ulatniały się z każdym golem strzelony przez Bońka na mistrzostwach. Czas minął szybciej niż można się było spodziewać i nagle dowiedziałem się, że Mieciu przylatuje na urlop. Znów była uroczysta msza, znów nieprzebrane tłumy ludzi i on dominujący nad wszystkim swoją „burzą” czarnych włosów i gigantyczną czarną brodą! Na tradycyjny rodzinnym spotkaniu opowieści były już prawdziwe, nie „co to będzie”, ale „jak było”.

Mieciu opowiadał o swoich początkach w zupełnie nieznanym świecie. Musiał zbudować sobie dom. Tubylcy nie pomagali, bo był dla nich intruzem, obcym. Niszczyli to co zrobił, spalili prowizoryczną chatę. A on mozolnie odbudowywał na nowo i pomagał miejscowym. Niejednokrotnie gdy „szedł do ludzi”, chcąc dotrzeć do miejscowych plemion, to przedzierał się trzy dni przez puszczę tropikalną. Spał na drzewach, a właściwie to czuwał, bo na sen było zbyt niebezpiecznie. Codzienne życie, pomoc rdzennym mieszkańcom niemal we wszystkim, przełamywała lody i misjonarz zyskiwał sympatię i zaufanie. Trwało to wiele lat, ale gdy zaprosił do siebie swoich rodziców w odwiedziny, to miejscowa ludność witała ich jak rodzinę królewską – były tańce, śpiewy, a kobiety rzucały kwiatki.

Gdy przyleciał na kolejny urlop oglądaliśmy w krakowskim mieszkaniu jego rodziców kasety video – dokument wydarzeń. Widziałem i królewskie powitanie rodziców i jak wspólnie z wujkiem (swoim ojcem) i miejscowymi pracowali przy budowie kościoła, widziałem codzienne życie jego wśród kiedyś wrogów, a później przyjaciół. Wtedy gadaliśmy jak dwaj dorośli faceci, a ja nie miałem już oporu przed nazywaniem go Mieciem.

Jak wtedy powiedział, jego dom był tam i zawsze tam wracał. Polska była ojczyzną do której przyjeżdżał jak tylko mógł, ale codzienne życie miał tysiące kilometrów stąd. Wtedy widzieliśmy się ostatni raz. Wiem, że później studiował jeszcze w Irlandii, był w Polsce, gdzie w Telewizji  Kraków miał kilka swoich programów, ale spotkać się nie było okazji. Tak się złożyło, że nie miałem możliwości być na pogrzebie wujka Ludwika, jego ojca, który zmarł kilka lat temu. Dwa lata temu, we wrześniu 2010 roku ciocia Danusia, jego mama ciężko zachorowała. Przyleciał wtedy znów, bo zdawał sobie sprawę z tego, że może to być ostatnie spotkanie. Los chciał, że stan cioci na widok syna poprawił się i poczuła się zdecydowanie lepiej. Poleciał zatem znów do swojego domu w Papui Nowej Gwinei. Niestety nie doleciał. Tuż przed celem podróży, na lotnisku w Australii, zmarł na zawał serca. Miał 57 lat.

Dziś już niewiele osób zna jego historię. Jego mamie, schorowanej staruszce, i pamięć zawodzi i za duże emocje takie wspomnienia. Z najbliższej rodziny też coraz mniej osób, które go znały. Bardzo niewiele zachowało się zdjęć, dokumentów. Pewnie w seminaryjnym archiwum coś by się znalazło, ale nie będzie tam z pewnością żadnej dokumentacji o jego życiu na misji. W internecie znalazłem tylko jedną krótką notatkę na jego temat. Informację, że zmarł w Australii i msza św. pogrzebowa była zaplanowana na dzień 4 listopada 2010 w Kościele Matki Bożej Królowej Polski (Arka Pana) w Krakowie, na  Nowej Hucie. Jego grób znajduje się na cmentarzu Rakowieckim w Krakowie.

Moje próby kontaktu z kimś z Nowej Gwinei, kto mógłby mieć jakieś wiadomości o Mieciu przyniosły niespodziewany skutek. Odpisał mi  o. Valentine Gryk z Goroka. Przekazał informacje których nie znałem. Oto treść wiadomości (zachowana pisownia oryginalna):

Szczesc Boze  Panie Robercie,

Dzieki za email.  Co do Ks. Miecia  Markowicza, to znalem go dos dobrze. Bylismy razem w semianrium. On byl dwa lata przede mna.  Co do jego misyjnych podbojow to byl pelen energi  and misyjmego ducha, NIe byl jednym z pierwszych misjonarzy. Przed nim bylo wielu wielu innych  z Polski i innych krajow.  Pracowal w PNG przez wiele lat w roznych miejscach w duszych osrodkach ( Pompabus, Porgera, Kundiawa, Goroka…) jak i w dalekim buszy, jak Maramuni. Maramauni  jest to miejsce calkowicie odciete od swiata. Trzeba  isc przez trzy dni  przez busz aby tam dotrzec, albo leciec malym  misyjnym samolotem. On byl tam przez kilka lat (4/6).
 Po wielu latach pracxy misyjnej zdecydowal przeniesc sie do Austarlii i  zostac  kisedzem diecezjalnym. Tak tez sie stalo. Pracowal  kolo Cambery i innych  parafiach kolo Sydney.  Jak Pan wiec zmarl niespodziewanie.
Tyle co moge o nim powiedzie. Byl bardzo dobrym misjonarszem i ksiedzem. Wiele dobrego zrobul tu w PNG i  w Austarlii. Wszyscy byli bardzo zadowoleni z jego poslugi, Niech Pan przyjme go do radosci wiecznej
Sczesc Boze
O. Valentine Gryk, SVD
Goroka”

Tak przedstawia się historia (nie)zapomnianego misjonarza z Polski, który zrobił dla ludzi wiele dobrego. Mieciu to był równy gość. Szkoda, że go już nie ma…

fot. Zdjęcie zrobione na rodzinnym spotkaniu tuż przed wylotem na misję w 1982roku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>