Piłkarskie zero?

Polska reprezentacja zakończyła udział w eliminacjach do Mistrzostw Świata w Brazylii. Zakończyła w stylu nie najlepszym, a wręcz słabym. Ale to scenariusz przerabiany w ostatnich latach wybitnie często.

Ale nie na to chciałem zwrócić uwagę na finiszu kolejnych eliminacji. To, że przegrywamy w sensie stricte sportowym, z bólem, ale jednak można ścierpieć. Problem w tym, że Polska na futbolowej mapie świata zbliża się do wartości zerowej w sensie ogólnym, na każdym polu. Żeby było ciekawiej, na krajowym podwórku, przynajmniej z pozoru, sytuacja wygląda jakby lepiej niż w ostatnich latach.

Najwyższa klasa rodzimych rozgrywek piłkarskich potrafi czasem zaskoczyć całkiem dobrym poziomem choćby tylko pojedynczych spotkań. Na krytykowanych przez wielu arenach EURO2012 pojawia się często nawet spora grupa kibiców, a i telewizyjna transmisja z perspektywy takiego stadionu wygląda nieporównywalnie lepiej.

Jest tylko jeden „mały” problem…

Piłkarski świat rozwija się nieporównywalnie szybciej niż rośnie poziom w T-Mobile Ekstraklasie. No a stąd już prosta droga do lania nas na piłkarskich frontach każdego szczebla przez wszystkich, od Estonii po Cypr. Czasy piłkarskich „Kopciuszków” minęły bezpowrotnie i nie tylko Polacy muszą zapomnieć, że malownicza wyspa na Morzu Śródziemnym to nie piłkarska egzotyka. Liga cypryjska to doskonała meta dla na prawdę dobrych piłkarzy, i tych doświadczonych i tych młodych, którzy być może nie łapią się do pierwszych składów zespołów z najwyższych lig Hiszpanii czy Portugalii, a także Rosji, Chorwacji, Turcji, ale do ułomków z pewnością nie należą. Wygodne życie na ciepłej wyspie, całkiem dobre pieniądze od bogatych sponsorów są łakomym kąskiem dla wielu.

Ale wróćmy do sedna sprawy. Na poziomie reprezentacji nie potrafimy poradzić sobie w ważnym meczu z takimi średniakami jak Mołdawia czy Czarnogóra, leje nas w Warszawie przeciętna Ukraina. To wszystko powoduje taką frustrację, że ogół kibiców pieje z zachwytu, gdy gola strzela nam San Marino. A to wcale nie jest problemem. Wtedy właśnie drużyna zareagowała najbardziej profesjonalnie, bo od razu strzeliła gola, a potem kolejne. Naszą porażką jest to, że nawet kibice nie są z drużyną do końca. Wiem, zaraz będzie krzyk, ile razy można się litować nad dziadami. Zwróćmy jednak uwagę, że w tych eliminacjach przegraliśmy tylko jeden mecz. Owszem, nie wygrywamy, ale w tym wypadku nie wygrywają też rywale. Co jednak nie zmienia faktu, że Brazylię obejrzymy w domowych pieleszach.

Na poziomie rozgrywek klubowych – tragedia

Niebawem wszyscy będą marzyć, aby za rywali na arenie europejskiej mieć za przeciwników polskie drużyny. Przegrywamy sportowo i finansowo. Na złość swoim idolom robią najwierniejsi fani, którzy z premedytacją narażają zespoły na ogromne kary finansowe, automatycznie osłabiając budżet i wizerunek. Negatywnym „wzorem” są tu kibice Legii, którzy w dniu ukarania zespołu za odpalanie rac na meczach, zrobili „pokazowy” pożar w Rzymie na meczu z Lazio. Kolejne kary, kolejne zamknięcia stadionu… Dla futbolowych decydentów stajemy się wręcz intruzami, których trzeba pilnować, ale nie traktować poważnie.

Dobitny przykład mamy w sprawie publiczności na meczu Ukraina-Polska. Wydany przez FIFA zakaz dla Ukrainy za rasistowskie zachowanie kibiców został błyskawicznie zawieszony. Ale w ich przypadku była to sprawa incydentalna, klubowy futbol ukraiński znaczy na arenie międzynarodowej nieporównywalnie więcej niż polski od wielu lat, wreszcie interweniował Hryhorij Surkis - wiceprezydent UEFA, wielka persona w piłkarskim światku, z wielkimi koneksjami i kasą, facet, który jak powszechnie wiadomo „załatwił” ostatnie EURO Polsce i Ukrainie.

Na naszym futbolowym podwórku nie bardzo potrafił odnaleźć się nawet trener-selekcjoner. Wybrany podobnie jak poprzednik Smuda „wolą narodu”, w obawie przed wywiezieniem na taczkach gubił się w swoich własnych myślach jak dziecko we mgle. Co prawda sam pisałem przed jego wyborem „nie róbmy krzywdy Fornalikowi”, ale twierdziłem, że medialnie sobie spokojnie poradzi. Tymczasem nie bardzo był w stanie obronić swoich ostatnich decyzji, którym na finiszu zabrakło… konsekwencji.

Powołanie na decydujące mecze olanych długo wcześniej Mariusza Lewandowskiego, Peszki czy Wasilewskiego było chyba rozpaczliwą próba ratowania, tylko nie wiadomo czego. Pofantazjujmy i załóżmy, co by było gdyby ci piłkarscy prawie-emeryci sprawili, że awansowalibyśmy do MŚ. Co dalej? Z zespołem weteranów pojechali na Mundial? Czy Fornalik poszedłby tropem Janasa i tych co dali awans zostawił w domu, a wziął zupełnie nieprzygotowaną na arenę międzynarodową młodzież? W przypadku przegranej problemu nie ma, ale pytanie po co na koniec powoływać gości, którzy poza charakterem i krzykiem na młodych w szatni nie są w stanie nic wnieść, gdyż w piłkę ostatnio grają okazjonalnie.

Przeciętna, wręcz słaba reprezentacja, kibice – bandyci-recydywiści, klubowe zespoły tragiczne na arenie międzynarodowej, trener-selekcjoner zagubiony w swojej niekonsekwencji…  Piłkarsko zbliżamy się do zera na każdym froncie.

fot.Wikipedia

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>